piątek, 5 kwietnia 2019

Wpis nietypowy - tylko "i nie tylko" o Litzmannstadt Getto

         Dzisiaj wpis nietypowy, pewnie pierwszy i ostatni taki. Więc nie będzie nic o amerykańskiej podróży. Będzie o łódzkim getcie. Tekst dosyć długi i niewesoły, ale polecam. 

Wrocławska, Rybna, Bazarowa, Zgierska, Rynek Bałucki, Łagiewnicka, Franciszkańska, Inflancka, Lutomierska, Drewnowska – to moje ulice, bałuckie ulice, a jednocześnie ulice łódzkiego getta. W ostatnim czasie mocno mnie temat łódzkich Żydów i łódzkiego getta wciągnął. Niezwykła, okrutna, wielowątkowa i dramatyczna historia. Impulsem wyjściowym do zainteresowania się tą tematyką był kolejny zgrzyt w stosunkach polsko – izraelskich i publikacja prof. Grabowskiego i prof. Elgenking „Dalej Jest Noc”. Więc podobno Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki i nikt tak gorliwie nie zabijał Żydów w czasie wojny  jak Polacy właśnie. W jednym z poprzednich moich wpisów, w części „i nie tylko” opisałem jak wyglądały relacje polsko żydowskie w miejscowości Serokomla w województwie lubelskim. To wspomnienia mojego teścia, który dobrze te wojenne i powojenne historie pamiętał i o nich opowiadał, Nie widzę powodu żeby do jego wspomnień podchodzić z podejrzliwością.  To prawdziwe historie, i zupełnie nie pasują do tez zawartych we wspomnianej publikacji. Podaję adres strony, gdzie można te spisane przeze mnie wspomnienia przeczytać: http://stany-i-nie-tylko.blogspot.com/2018/03/podroz-2016-wstep-i-jak-zawsze-troche-o.html Fragment dotyczący Serokomli jest na końcu wpisu.

Ciekawą pozycją opisującą losy Żydów mieszkających na terenie Polski i kształtowanie się relacji polsko - żydowskich jest książka dr Ewy Kurek – „Poza Granicą Solidarności”. Książka jest dostępna w Internecie i można ją ściągnąć bezpłatnie w formacie PDF. W tej publikacji nie zaprzecza się, że zjawisko antysemityzmu w Polsce istniało, ale jest to przedstawione w szerszym kontekście - relacji wzajemnych. Duża część książki poświęcona jest kształtowaniu się relacji polsko – żydowskich od czasów króla Kazimierza Wielkiego. Opisany jest wpływ na te relacje obydwu religii, czasów gdy Polska była pod zaborami, ideologii komunistycznej i państwa sowieckiego. Tak jak przed II wojną światową istniał w Polsce antysemityzm i nie można temu zaprzeczyć, tak istniał również antypolonizm. Główna część książki dotyczy zachowania Żydów i Polaków w czasie II wojny światowej. Książka jest na pewno godna polecenia. Według dr Kurek, Żydzi mieszkający na terenach Polski w większości nie czuli się związani z naszym państwem. Mieszkając od stuleci w Polsce, w przeważającej masie nie znali i nie posługiwali się jeżykiem polskim. Utrata przez Polskę niepodległości i rozbiory – to nie stanowiło dla nich problemu, bowiem ziemia na której mieszkali nie zniknęła, ich domy pozostały, a że zmieniła się władza to i cóż. Tak samo dobra polska władza jak i rosyjska, czy niemiecka, albo tak samo zła. To był fakt bez  większego znaczenia. W miastach Żydzi zasiedlali całe dzielnice, takie jak Kazimierz w Krakowie, czy Bałuty w Łodzi,  niechętnie widząc w tych dzielnicach rodziny nieżydowskie. Czyli zgodnie z tezami dr Kurek,  coś w rodzaju gett żydowskich istniało już przed wojną. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę po I wojnie światowej, środowiska żydowskie wystąpiły z postulatem uzyskania autonomii dla terenów, dla dzielnic, gdzie mieszkali.  Chcieli na tych terenach własnych władz i własnego prawa. Chcieli żyć w Polsce, ale osobno, bo sprawy polskie i sprawy żydowskie to zupełnie różne sprawy. Wejście Niemców do Polski - według dr Kurek - niektórzy żydowscy przywódcy postrzegli jako szansę na uzyskanie autonomii. Nikt wtedy, w pierwszych miesiącach, w pierwszych latach wojny, nie przypuszczał, nie zakładał, że Niemcy postanowią wymordować całą ludność żydowską. Przywódcy żydowscy – Czerniakow w Warszawie, czy Rumkowski w Łodzi wręcz ochoczo współpracowali w Niemcami przy tworzeniu gett. Mury getta warszawskiego zostały sfinansowane i zbudowane z pieniędzy gminy żydowskiej. W zagładzie Żydów, w organizacji wywózek do obozów zagłady istotną rolę pełnili sami Żydzi, zarówno Ci, którzy pracowali w administracji getta, jak i przede wszystkim policja żydowska, która dla swoich rodaków była wyjątkowo okrutna i gorliwie brała udział w wywózkach. Pani Kurek w swojej książce opiera się na żydowskich materiałach źródłowych. Cytuje obszernie fragmenty dziennika Czerniakowa – prezesa Żydowskiej Gminy Wyznaniowej, który w pierwszych miesiącach wojny był codziennym gościem w gmachu SS w Warszawie, gdzie wspólnie z Niemcami opracowywał szczegóły dotyczące powstania getta warszawskiego. Podobnie było w Łodzi, gdzie Przełożonym Starszeństwa Żydów został Chaim Rumkowski, zwany przez mieszkańców getta królem Chaimem. W przypadku Łodzi bezcennym źródłem wiedzy o tworzeniu getta i życiu w nim jest cytowana przez dr Kurek  Kronika Getta Litzmannstadt, spisywana przez urzędników pracujących w administracji getta. To niemal codzienne zapiski dotyczące życia w getcie. Pani Kurek nawiązuje w swojej książce często do „Kroniki”. Postanowiłem sprawdzić czy da się „Kronikę” kupić. Dało się. Jest to obszerne 5 tomowe wydawnictwo, zawierające prawie 3000 stron. Wydanych zostało zaledwie 500 egzemplarzy, ale na Allegro można było Kronikę zamówić. Przeglądam, czytam, porównuję z tezami dr Kurek, z tezami Grabowskiego. Na podstawie dotychczasowej lektury „Kroniki” nie można moim zdaniem powiedzieć, że Żydzi zamykali się w getcie ochoczo, ciesząc się uzyskaną autonomią i że ich los na początku wojny nie był taki bardzo zły. To bzdura. A taka teza w książce dr Kurek jest stawiana. Los Żydów łódzkich był zły, był tragiczny od samego początku wojny. I fakt, że żydowska elita miała się całkiem dobrze,  tej generalnej mojej oceny nie zmienia.

Kronika Getta Litzmannstadt to beznamiętna relacja urzędników pracujących w getcie, relacja nie bez elementów autocenzury. W „Kronice” znajdziemy różne informacje -  Ile osób w danym dniu zmarło, ile dzieci się urodziło, ile było samobójstw, ile osób skazano na więzienie, jakie w danym dniu były ceny na czarnym rynku, jaka była pogoda, jakie były przydziały żywnościowe, jaka była wielkość produkcji tak zwanych resortów, jakie odbyły się  nowe przedstawienia, rewie czy koncerty w Domu Kultury na ulicy Krawieckiej, jakie wydano nowe zarządzenia, ile osób w danym dniu „wsiedlono” do getta, a ile „wysiedlono”, przy czym zwłaszcza to drugie słowo zupełnie nie pasuje do sytuacji. Bo wysiedlenie oznaczało wywózkę do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem lub do Oświęcimia - Brzezinki i śmierć. Autorzy „Kroniki” doskonale o tym wiedzieli, ale o tym akurat nie pisali. Pomijano w Kronice fakty skrajnie niewygodne dla elity zarządzającej gettem z Chaimem Rumkowskim na czele. Ale mimo tej ułomności, Kronika to doskonałe świadectwo historyczne. Świadectwo wstrząsające.

Getto miało coś w rodzaju autonomii, ale to Niemcy wytyczali kierunki, a władza żydowska z Rumkowskim na czele wypełniała te kierunki treścią, posługując się typowymi atrybutami władzy, czyli rozbudowaną administracją z wieloma wydziałami, policją żydowską, sądami, więzieniami i innymi sposobami nacisku. To Chaim Rumkowski, pełniący stanowisko Przełożonego Starszeństwa Żydów, był w łódzkim getcie władzą najwyższą, kimś w rodzaju króla, choć w swoich codziennych działaniach nie mógł wyjść poza ramy wytyczone przez Niemców. Mógł bez przeszkód opuszczać getto, mógł spotykać się bez ograniczeń z niemieckimi władzami, witał Himlera na Bałuckim Rynku i z dumą prezentował osiągnięcia produkcyjne zakładów wytwórczych getta. Rumkowski zmienił getto w wydajny obóz pracy. Buty, czapki, nauszniki, mundury i wiele innych wyrobów potrzebnych armii niemieckiej było produkowanych w łódzkim getcie.

Niektórzy historycy widzą w Rumkowskim postać wybitną, dzięki któremu getto łódzkie przetrwało najdłużej (zostało zlikwidowane jako ostatnie getto w Polsce) i dzięki któremu niewielka część mieszkańców getta przeżyła wojnę. Gdyby front posuwał się szybciej, to kto wie, może cel który wytyczył sobie Rumkowski byłyby osiągnięty. Tym celem było ocalenie jak największej części mieszkańców getta. Inni historycy widzą w nim paskudnego kolaboranta zasługującego wyłącznie na niesławę i potępienie. Niemcy nie musieli angażować własnych sił przy realizacji swoich zbrodniczych celów. Mieli Rumkowskiego, który wykonywał za nich czarną robotę. Według niepotwierdzonych przekazów, Rumkowski wywieziony w sierpniu 1944 roku do Oświęcimia, skończył życie zatłuczony na śmierć przez innych  łódzkich Żydów, a według wersji najczarniejszej został wrzucony przez nich żywcem do pieca krematoryjnego.

A jakie wnioski  można wysnuć czytając samodzielnie Kronikę Getta Litzmannstadt i inne źródła ? Dla mnie Rumkowski był postacią niejednoznaczną. Był wybitnym organizatorem i człowiekiem niezwykle pracowitym. Zapewne dzięki niemu getto przetrwało prawie do końca wojny.  I powtórzę -  gdyby front dotarł do Łodzi kilka miesięcy wcześniej, to być może cel jaki sobie wytyczył zostałby osiągnięty. Ale Niemcy byli szybsi. Prawie wszyscy mieszkańcy łódzkiego getta, których na początku 1942 roku było 150.000 zostali wymordowani. Szansa była, ale uratowały się nieliczne jednostki. W getcie została garstka wybrańców prowadzących prace porządkowe, i choć dla tej garstki były też już wykopane doły, im się udało.

Rumkowski jako człowiek posiadający ponadprzeciętne talenty kochał jednocześnie ponadprzeciętnie władzę.  Król Chaim – to określenie nie wzięło się znikąd. Gdy zwykli  ludzie umierali z głodu, urzędnicy z zarządu getta, kierownicy zakładów produkcyjnych i inni protegowani Króla mieli prawo do urlopu i do regeneracji sił w domach wypoczynkowych, które powstały w getcie na osiedlu Marysin. Z tych domów wypoczynkowych korzystała wyłącznie elita. W „Kronice” są zamieszczone zdjęcia zarówno żydowskiej biedoty jak i zdjęcia elity – pań w eleganckich sukniach, panów w garniturach, pod krawatami, siedzących w pierwszych rzędach na przedstawieniach w Domu Kultury. Czyli była w getcie „władza” i był prosty lud, a pomiędzy nimi była przepaść. Prezes Rumkowski korzystał  z domu położonego  w zielonej dzielnicy Marysin, miał też mieszkanie na ulicy Łagiewnickiej w centrum getta. Do pracy przyjeżdżał elegancką  dorożką. Do dorożki był zaprzęgnięty wspaniały biały koń, powoził stangret w nieskazitelnie białym stroju, a Król Chaim, elegancko ubrany, siedział z tyłu.  Komentarz zbędny. Adam Czerniaków przywódca w getcie warszawskim pisał o Rumkowskim „Jest to samochwalec. Zarozumiały i głupi”, a Emanuel Ringelblum, autor „Kroniki” getta warszawskiego pisał: „jest to starzec lat około 70, człowiek w niezwykłych ambicjach i trochę stuknięty. Opowiadał cuda o łódzkim getcie. Jest tam państwo żydowskie z 400 policjantami, z trzema więzieniami. Uważa się za pomazańca bożego”. Z kolei według Marka Edelmana postawa Rumkowskiego była na rękę Niemcom, bo wykonywał za nich robotę i nie musieli angażować do tego żołnierzy niemieckich. Więc tylko kolaborant ? Na pewno nie tylko, ale szukając plusów tej postaci, trzeba jednak dodać do tego „nie tylko” określenia też takie jak despota nie znoszący sprzeciwu i zwykła kanalia. Od niego zależał los podległych mu urzędników, mógł wiele dać i mógł też wiele zabrać, wyrzucając z pracy i skazując tym samym na skrajną biedę i głód. A i kara najwyższa, czyli „wysiedlenie” wchodziła w grę. Lubił chodzić z „trzcinką” i lubił jej  często używać. Jego inspekcje budziły strach.  Wystarczyło, że kucharka w kuchni gotującej posiłki dla elity miała źle zawiązany fartuch i tylko z tego powodu „trzcinka” byłą w użyciu. Mimo sędziwego już wieku, dużo energii poświęcał na seksualne molestowanie podległych mu pracownic. Jest  na ten temat wiele relacji, w tym wspomnienia pani Lucille Eichengreen, która w wieku 17 lat trafia do getta. Wywieziona w sierpniu 1944 roku do Oświęcimia doczekała wyzwolenia obozu i ostatecznie zamieszkała w Kalifornii. Szczegóły jej wspomnień na ten temat pominę. Chaim Rumkowski miał zatem cechy kanalii i miał też cechy wybitnego przywódcy. Był ofiarą Holocaustu , był w jakimś stopniu opiekunem i jednocześnie katem dla łódzkich Żydów. Co w tej postaci przeważało ? Trudno oceniać na podstawie tylko  lektur. To były straszne czasy i oceniając to z perspektywy dnia dzisiejszego  można pobłądzić. Wydaje się jednak, że Rumkowski to bardziej kanalia niż wybitny przywódca.

Najtragiczniejszym wydarzeniem w łódzkim getcie była tak zwana wielka szpera. Niemcy oświadczyli Rumkowskiemu, że z getta mają zniknąć dzieci do lat 10 i starcy (!) powyżej 65 roku życia. Mają być „wysiedleni”. I co wówczas zrobił Rumkowski. Wygłosił słynne przemówienie na Placu Strażackim 4.09.1942 roku: „W moim wieku muszę rozłożyć ręce i błagać. Bracia i Siostry ! Oddajcie mi je ! Ojcowie i matki oddajcie mi swoje dzieci ! Wczoraj po południu dali mi rozkaz wysłania poza getto więcej niż 20000 Żydów, a jeśli nie,  „my to zrobimy”. Pytanie jakie powstało, to czy my mamy to wziąć na siebie, zrobić to sami, czy zostawić to innym do zrobienia ? Więc my, to znaczy ja i moi najbliżsi współpracownicy pomyśleliśmy najpierw nie o tym ilu z nas zniknie, ale jak wielu jest możliwe ocalić. I doszliśmy do konkluzji, że jakby to nie było dla nas trudne, powinniśmy wcielić ten rozkaz w życie własnymi rękami. Muszę przygotować tę trudną i krwawą operację, muszę odciąć gałęzie, żeby ocalić pień. Muszę zabrać dzieci, bo jeśli tego nie zrobię, inni też mogą być zabrani”.

W pierwszej kolejności ewakuowano szpitale z których wywieziono wszystkich chorych. A potem zaczął się straszny czas  „wielkiej szpery”. Do akcji „wysiedlenia” dzieci i osób wiekowych administracja getta przystąpiła z zaangażowaniem. Na podstawie ksiąg meldunkowych powstawały listy osób przeznaczonych do „wysiedlenia” z ich adresami. Pracownicy wydziału meldunkowego pracowali na trzy zmiany. Początkowo do akcji skierowano wyłącznie policję żydowską. Ta się starała jak tylko mogła, Policjantom żydowskim złożono obietnicę, że ich dzieci nie będą „wysiedlone” o ile będą pracować wydajnie, zgodnie z oczekiwaniem władz. Ale łatwo nie było i tutaj cytat z „Kroniki”:

„Oczywiście matki bronią się (…). Szarpią się z żydowskimi policjantami, przytrzymują dzieci resztkami sił, dopóki nie rzuci się na nie trzech, czterech, lub więcej policjantów i nie wyrwie im dzieci z objęć (…) Dzieci wsadzone na wozy zachowują się różnie w zależności od wieku – są albo spokojne albo zrozpaczone. (…) Młodsze szeroko otwierają swoje wielkie (…) oczy i nie widzą co robić. Wsadzono je na wóz, po raz pierwszy w swym życiu są na wozie, który będzie ciągnął prawdziwy koń. Ho , ho zanosi się na wesołą przejażdżkę. Niejeden maluch aż podskakuje z radości (… ) a tymczasem matki bliskie obłędu leżą na ulicznym bruku i wijąc się z rozpaczy rwą sobie włosy z głów. Z jakiejś sutereny dwaj policjanci wyciągają młodą matkę z mniej więcej czteroletnią dziewczynką. Śliczna słodka blondyneczka tuli się do piersi matki, rączki ściskają matczyną szyję. Matka uciekając przed żydowskimi policjantami gna z jednego końca podwórza w drugi, krzycząc w niebogłosy. Kopie policjanta, który raz za razem próbuje pochwycić dziecko. Wtedy na ratunek rzuca się jej mąż. Z nim nie trzeba obchodzić się już tak delikatnie. Dostaje kopa w tyłek, upada i zwija się z bólu. Pomocnik jest załatwiony (…) Któryś odważniejszy sługa porządku naskakuje na kobietę i wyrywa jej dziecko, inny powala ją na ziemie. Dzieło zakończone. Do następnej. Biedna matka nie wyszarpnęła noża, nie wyciągnęła siekiery, nie użyła nawet swoich własnych paznokci. Ale potrzeba było całe pół godziny walki, żeby jej odebrać dziecko”

To nie było właściwe  tempo. Bo jakże to tak – aż czterech żydowskich policjantów wyrywało jedno dziecko. Z inną matką trzeba było szarpać się pół godziny. Za długo. A przecież na czas „wielkiej szpery” był zakaz wychodzenia z domu zarządzony przez Prezesa Rumkowskiego, „resorty” nie produkowały towarów potrzebnych armii niemieckiej, jedno wielkie marnotrawstwo. Akcja musiała nabrać tempa. Niemcy włączyli się do niej czynnie, choć główną rolę w dalszym ciągu pełniła policja żydowska. Otaczała ona dom po domu. Na podwórko takiego domu wchodzili gestapowcy – jeden, lub dwóch i liczna grupa policjantów żydowskich i członków żydowskiej straży pożarnej. Gestapowcy wystrzelili raz lub dwa razy w powietrze, żeby wszyscy wiedzieli, że żartów nie ma. Więc wszyscy mieszkańcy w ciszy i szybko ustawiali się na podwórku. Policja żydowska przeszukiwała w tym czasie mieszkania, aby znaleźć i wywlec na podwórze ewentualnych ukrywających się. Następnie gestapowcy dokonywali szybkiej selekcji, takiej już na oko, żeby było szybciej.  Dziecko niewyrośnięte, więc pewnie nie ma 10 lat – na wóz. Siwy człowiek – pewnie przekroczył 65 lat – więc to starzec, na wóz z nim. A wozy oczywiście żydowskie, policja żydowska, organizacja całości aż do granic getta – żydowska.  Tylko dalszy transport do obozu w Chełmnie nad Nerem  już niemiecki. A tam stosunkowo  miłe przyjęcie, pełne uprzejmości,  i informacja, że to obóz przejściowy przed wywózką w głąb Rzeszy. No ale teraz trzeba się rozebrać, bo trzeba zbadać stan zdrowia przed wyjazdem, trzeba zejść do piwnicy w celach higienicznych i ewentualnego odwszawienia. A dalej już uprzejmości się kończyły. Pojawiały się w rękach gestapowców pały i zaczynał się etap brutalnego zaganiania do samochodów ze szczelnymi „budami”,  gdzie po kilkadziesiąt lub więcej osób było zagazowywanych spalinami. Tak do 150 osób w jednym samochodzie. I w ten sposób w Chełmnie nad Nerem zamordowano blisko 80.000 tylko łódzkich Żydów. I w tym śmiertelnym korowodzie brał czynny udział Przełożony Starszeństwa Żydów Chaim Rumkowski, brali udział jego bliscy współpracownicy,  brała wyjątkowo aktywny udział jego policja żydowska, ale przede wszystkim odpowiedzialni byli niemieccy zbrodniarze. Polacy nie byli w to zaangażowani w najmniejszym stopniu. Więc dlaczego na siłę to nam, Polakom,  chce się przypisywać winę innych ?

Ale wiem, łatwo pisać leżąc na kanapie w ciepłym pokoju, po dobrej kolacji i dwóch kieliszkach śliwowicy. Łatwo opisywać udział policjantów żydowskich w zagładzie Żydów i udział  ich szefa Króla Chaima, nie żyjąc w tych czasach.  Ale to nie takie proste do oceny. Czy możliwy zatem był bunt, czy możliwe było wzniecenie powstania zamiast karnej realizacji niemieckich rozkazów ? Oczywiście że tak. Tylko zapewne getto nie przetrwałoby tak długo. Czy będąc mieszkańcem getta każdy z nas odmówiłby wstąpienia do policji żydowskiej mając do wyboru głód i nędzę z jednej strony, i w miarę bezpieczny i pozbawiony głodu los z drugiej strony. Czy mając do wyboru – twoje dzieci przeżyją, ale musisz brać udział w zagładzie dzieci sąsiadów, byłby dla każdego z nas wyborem prostym ?  Na takie pytania nie ma prostych odpowiedzi. Zapewne policjant żydowski wmawiał sobie, że bierze udział w wysiedleniu, ale nie w zbrodni. Ale przecież kto jak kto, ale Rumkowski znał prawdę. Miał nadzieję, że getto wraz z większością mieszkańców przetrwa, ale musiał wiedzieć, że takie obrazki jak ten poniższy to nie wycieczka szkolna do parku, ale wycieczka do samochodowej komory gazowej.

Children rounded up for deportation


Przywódca Żydów warszawskich Czerniakow znalazł się w podobnej sytuacji jak Rumkowski. Nie podporządkował się – popełnił samobójstwo.

A co z polskim antysemityzmem. Był. Miał swoje racjonalne przyczyny, choć zapewne nie tylko i pisze o tym dr Kurek w swojej książce. W wielu książkach, których akcja dzieje się na przełomie XIX i XX wieku Żydzi to Judasze, antychryści, „żółtki”, mordercy Jezusa. Krążyły też pogłoski, że  Żydzi wyłapują polskie dzieci i dokonują rytualnych mordów. W Łodzi popularne było żydowskie powiedzenie – „wasze ulice, nasze kamienice”. Ale choć każde „coś” bierze się z ”czegoś” to  pewnych słów nie da się obronić.  Nie zapomnę jak na pewnm przyjęciu, dawno już temu,  jeden z gości przy okazji takiego ogólnego narzekania, stwierdził – bo to wszystko przez to, że Hitler się opierd… ł i nie zrobił porządku do końca. A wracając do „Kroniki” przytoczę fragment, który nie stawia polskich obywateli Łodzi w korzystnym świetle.

„Granice getta zostały powiększone i uniknięto w ten sposób dawnych scysji z ludnością chrześcijańską, zamieszkałą przy ulicach prowadzących na cmentarz. Krew w żyłach stygła, gdy przyglądano się bezczeszczeniu trupów, wożonych na cmentarz, a orszak żałobny był stale narażony na wyzwiska i obrzucanie kamieniami. Było to tym bardziej smutne, bo pochodziło od dawnej tutejszej ludności, która przejawiała w tym ogrom zdziczenia”.  No cóż, pewnie to prawdziwy opis, i czytając to trudno nie być zażenowanym..

Myślę, że bardzo prawdziwym filmem o tamtych złych czasach jest „Pianista” Polańskiego. Nie widać w nim radości z tworzenia getta warszawskiego, co przeczy tezom dr. Kurek. Widać za to zło wojny od samego jej początku, zło które w największym stopniu spotkało Żydów. Dla mnie szokiem były sceny z policją żydowską. Nie wiedziałem wcześniej na ten temat nic. I widok tych potężnych facetów w czapach z otokiem, w błyszczących oficerkach, w eleganckich płaszczach i z pałami w rękach, którymi lali swoich współobywateli był czymś absolutnie szokującym. I chwała Polańskiemu, że to pokazał.

I na koniec tego tekstu zdjęcie pola gettowego na cmentarzu żydowskim w Łodzi. To tutaj chowano zmarłych w getcie. Leży tutaj około 40 tysięcy osób. Zdjęcie zrobiłem w tym roku.



Przez Getto Litzmannstadt przejeżdżam każdego niemal dnia. Od pewnego czasu bardziej świadomie.

środa, 26 grudnia 2018

Podróż 2016 - dzień 5, Las Vegas, Święta Bożego Narodzenia

Podróże po Stanach


Dziś drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Czas na odpoczynek i dobra okazja, żeby napisać kolejny odcinek mojego bloga. W drugiej części będzie głównie aktualny meldunek świąteczny, a w pierwszej opis piątego dnia naszej podróży, w którym opuściliśmy północno-zachodni zakątek USA i polecieliśmy samolotem do Las Vegas.  Już po raz trzeci Las Vegas znalazło się na trasie naszej podróży. Zdecydowały o tym głównie względy logistyczne, ale jest to tak atrakcyjne miejsce, że z przyjemnością umieściłem to miasto na trasie naszej czwartej amerykańskiej wyprawy. Na początek jak zawsze kilka zdjęć – wizytówek tego dnia. 











W podsumowaniu tego dnia w przesłanej do Polski wiadomości napisałem, że „nieźle się trzeba natyrać żeby odpocząć”. Ten dzień był tego dobrym przykładem. Wstaliśmy po 4 rano a z hotelu wyjechaliśmy o 5:30. Oczywiście trochę za wcześnie, ale przecież czekał nas lot do Las Vegas, a w razie spóźnienia samolot by na nas nie poczekał. A przecież po drodze czekało na nas zdanie samochodu, dotarcie do właściwego miejsca na lotnisku, uciążliwa kontrola bezpieczeństwa, spotkanie z automatami wydającymi karty pokładowe itd. Jazda na lotnisko i zdanie samochodu poszły jako tako. Ale potem na lotnisku miotaliśmy się bardziej niż zwykle. To strasznie duże lotnisko z 6 terminalami porozrzucanymi na dużym obszarze i kolejką wewnętrzną, kursująca pomiędzy nimi. Jakoś nam nie szło. Potrzebowaliśmy pomocy, której nam udzielano, lepiej lub gorzej. Ostatecznie do samolotu trafiliśmy. Czekając na kontrolę bagażu przewędrował pomiędzy czekającymi w kolejce pies tropiciel. Moją torbę fotograficzną miałem postawioną na ziemi. Pies tropiący koło wszystkich przechodził nie zatrzymując się, a przy mojej torbie stanął i długo, a nawet bardzo długo ją wąchał. W końcu odszedł. A potem była ta głupia kontrola, której nie cierpię. Wyjąć aparat, wyjąć laptop, zdjąć pasek, zdjąć kurtkę, zdjąć buty, położyć to wszystko na tackach wraz z torbami, przejść przez te wykrywacze metali, pozbierać wszystko do kupy, no nie znoszę tego. Jeszcze kobieta od kontroli paszportów postawiła na naszych kartach pokładowych duże znaki „X” i długo tłumaczyła, że nie musimy zdejmować butów, a potem druga stanowczo zażądała : „take your shoes”. Jak pokazałem „x” na karcie powtórzyła, tylko bardziej stanowczo : „take your shoes”. Za to lot był wspaniały. Niebo nie było zachmurzone, więc było na co patrzeć. Widzieliśmy piękny szczyt Mount Rainier, zaraz potem Mount St. Helens. Obydwa wyniosłe, potężne, ośnieżone i groźne. Mount Rainier położony jest 87 km na południowy wschód od Seattle ale można powiedzieć, że góruje nad miastem - jest przy dobrej pogodzie doskonale widoczny. Ma ponad 4300 metrów wysokości w stosunku do poziomu morza i niewiele mniej w stosunku do podstawy. Jest to szczyt wulkaniczny – ostatnia erupcja miała miejsce pod koniec XIX wieku. Nieco dalej bo 154 km od Seattle znajduje się Mount St. Helens zaliczany do czynnych wulkanów. Obydwa szczyty położone są w Górach Kaskadowych. Ostatnie erupcje Mount St. Helens miały miejsce w latach 2004  - 2008 i w 1980 roku. Zwłaszcza ta wcześniejsza w roku 1980 była szczególna. Zacytuję fragment opisu znajdującego się w Wikipedii:
Wulkan St. Helens rozsławiła spektakularna erupcja w niedzielę 18 maja 1980 roku. Była jedną z pierwszych erupcji przewidzianych przez służby wulkanologiczne – poprzedziło ją powstanie wybrzuszenia na północnym stoku i liczne trzęsienia ziemi. Jedno z nich spowodowało osunięcie się całego północnego boku góry, co było największym zarejestrowanym osuwiskiem w historii. Wywołane tym zmniejszenie ciśnienia zapoczątkowało erupcję. Wulkan stracił wówczas 400 m wysokości (obecnie jego wysokość to 2550 m). Na wieść o przewidywanym wybuchu do Seattle, zaczęły ściągać setki wulkanologów i pasjonatów wulkanów z całego świata.
Erupcja wyrzuciła w powietrze prawie jedną trzecią objętości góry i miała siłę około 400 megaton trotylu  –  20 tys. razy większą niż pierwsza bomba atomowa, zrzucona na Hiroszimę. Spowodowała też całkowite zniszczenie ponad 600 km² lasu, a kolejnych 300 nieodwracalnie zmieniła. Słup popiołu miał wysokość 18 kilometrów, 800 tys. metrów sześciennych pyłu i popiołu spadło tylko na samo miasto Yakima. Dzięki zainstalowanym instrumentom pomiarowym i badawczym erupcję przewidziano na ponad dwa tygodnie wcześniej, udało się ewakuować prawie całą okolicę i w jednej z największych katastrof naturalnych XX wieku zginęło tylko 57 ludzi, głównie drwali i samotników mieszkających w borach sosnowych niegdyś pokrywających zbocza wulkanu. Zniszczonych zostało 250 domów. Była to najbardziej śmiertelna i kosztowna erupcja wulkanu w historii Stanów Zjednoczonych.

Od 1980 roku wulkan St. Helens sporadycznie daje oznaki aktywności. Założony wokół niego pomnik narodowy jest jedną z głównych atrakcji turystycznych północno-zachodnich Stanów Zjednoczonych.











A potem były pustkowia zachodnich Stanów – Oregonu i Nevady, gdzie nie było nic, tylko płaskowyże z ogromnymi szczelinami, surowe góry, nieraz droga po której nic nie jechało. Trasa lotu poniżej.




Piękne widoki. Surowe szaro - bure krajobrazy, z nielicznymi osadami jak ta na drugim zdjęciu. Kilkanaście zabudowań i jedna wielka pustka wokół. Jak tam żyć ? I dlaczego ktoś wybiera takie miejsca do życia - duża zagadka. 


Las Vegas i okolice miasta prezentowały się jeszcze lepiej bo samolot był już nisko. Las Vegas jest miastem ładnym, uporządkowanym. Nie ma tutaj dzielnic przemysłowych z typowym dla takich miejsc bałaganem. Przemysł Las Vegas to przemysł rozrywkowy, czyli w centrum są  hotele, kasyna i w zasadzie nic więcej. A na obrzeżach zadbane osiedla domów jednorodzinnych, za którymi jest już tyko pustynia. Żadnych blokowisk, żadnych wysokich budynków. Domy są w piaskowym kolorze, pokryte ładną dachówką w ceglanym kolorze. Zdjęć nie robiłem, żeby nie naruszać zasad bezpieczeństwa. Więc zamiast tego dla ilustracji zdjęcie takiego osiedla domków zrobione w jednej z poprzednich podróży.



Miasto Las Vegas powstało w 1905 roku. Wcześniej w pierwszej połowie XIX wieku pojawili się tutaj Hiszpanie. W miejscu obecnego miasta rosły bujne trawy, a wszędzie wokół była pustynia. Od rosnących traw pochodzi nazwa miasta - „Las Vegas” to po hiszpańsku łąki. Potem w połowie XIX wieku próbowali tutaj osiedlić się mormoni, ale coś im w tym miejscu nie odpowiadało. Może przeczuwali, że będą się czuli tutaj w przyszłości nie najlepiej. Bo Mormoni, mimo, że mogli mieć kiedyś kilka żon, żyli i żyją przestrzegając bardzo surowych zasad. Nie wolno im pić kawy, alkoholu, palić papierosów i poddawać się innym nałogom. W mieście rozrywek, hazardu i rozpusty byłoby im źle.
Przez obecne Las Vegas poprowadzona została na początku XX wieku linia kolejowego i od tego czasu miasto zaczęło się powoli rozwijać. Ale główny rozwój zaczął się w 1931 roku. Wówczas zbiegły się dwa wydarzenia. W 1930 roku rozpoczęła się budowa zapory Hoovera (49 kilometrów od Las Vegas) a w 1931 roku zalegalizowano w USA hazard. Zapora Hoovera to najwyższa zapora wodna w USA. Ma 221 metrów wysokości i przegradza rzekę Kolorado. Przypomina zaporę „Glen Canyon Dam”, którą widzieliśmy w Page, i która jest tylko o 5 metrów niższa. Zapora Hoovera była budowana w ekspresowym tempie. Powstała w 6 lat, a tak krótki czas budowy wynikał między innymi z zaangażowania do budowy ogromnej ilości pracowników. A pracownicy - jak to pracownicy na delegacji - potrzebowali odrobiny rozrywki, żeby lepiej znieść rozłąkę z rodziną. Hazard, alkohol, kobiety - wszystko to było w Las Vegas. Nic dziwnego, że miasto zaczęło się rozwijać w zawrotnym tempie. Sława Las Vegas, jako miasta hazardu, rozrywki i grzechu rosła, powstawały wciąż nowe hotele, kasyna – miasto rosło i rośnie ciągle. Obecnie większość największych hoteli położonych jest przy ulicy Las Vegas Strip, która tak naprawdę leży poza granicami administracyjnymi miasta. Z braku lepszego miejsca, to tutaj – poza granice Las Vegas – przeniosło się centrum tego miasta. Taki drobny paradoks.

Ale wracam do opisu 5 dnia. Po wylądowaniu okazało się, że do odbioru bagażu po raz pierwszy musimy pojechać kolejką. Kolejka była oczywiście bez maszynisty i gnała bardzo szybo co najmniej 5 minut. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyliśmy – po odbiór bagażu pociągiem. Już na lotnisku stało dużo automatów do gry dla spragnionych hazardu, czyli już tutaj można było stracić pieniądze lub wygrać fortunę.  Aż tak spragnieni hazardu nie byliśmy. A potem bezpłatnym autobusem pojechaliśmy do wypożyczalni samochodów, gdzie obsługiwał nas miły człowiek, o dużej cierpliwości, ale poruszał tyle tematów, że Główny Tłumacz Wyprawy bywał zagubiony, a ja mu pomóc nie mogłem.  Jak już wszystko nam wypisał, poszliśmy wybierać samochód. Wybraliśmy z alejki jedyny samochód z dużym bagażnikiem - hyundai acent, ale przy wyjeździe czekała na nas kolejna trudność. Kobieta, która opuszcza szlaban coś od nas chciała, a my za nic nie mogliśmy jej zrozumieć. Chyba w końcu uznała, że to jej się coś pomyliło, ale do tej pory nie wiemy o co jej chodziło. Sprawniej poszły zakupy w Wall Marcie. To akurat nie problem. Do hotelu też dojechaliśmy tylko dwa razy gubiąc drogę. Ale jak się zgubi i znajdzie to nie problem. Kolejne dogadywanie czekało na nas przy wynajmowaniu pokoju. W takim molochu jak Hotel New York, New York, w gwarze kasyna, to nie jest takie proste jak w pierwszym lepszym hotelu.  Główny Tłumacz Wyprawy bardzo takie sytuacje przeżywa. Ale w końcu wszystkie stresy pozostały za nami, i mogliśmy zrelaksować się w wytwornym pokoju,  pijąc piwo i notując wrażenia z pierwszej części dnia - to ja, lub czytając książkę - to Główny Tłumacz Wyprawy. 






Hotel New York, New York to w zamyśle projektantów miniatura Nowego Jorku z Manhattanem, Mostem Brooklińskim i Statuą Wolności. Hotel wybudowano w 1997 roku. Ma 2024 pokoje. Są stare nowojorskie budynki, drapacze chmur np. Empire State Building, Statua Wolności, zbudowana w skali 1:2. Do tego wszystkiego kolejka górska. Wagoniki mają przypominać nowojorską taksówkę, która się spieszy. Wagoniki pędzą z prędkością do 108 km/godzinę. Różnica poziomów wynosi 62 metry. Wagoniki w niektórych miejscach jadą „do góry nogami”. Wygląda to nieźle. Była wyjątkowa okazja, żeby się taką kolejką przejechać ale brakło jednak śmiałości. Bałem się, że po takiej jeździe będę do niczego, a przecież trzeba było iść jeszcze w miasto.

 W wiadomości wysłanej tego dnia do Polski przekazałem ważną wiadomość dla kobiet, które chciałyby nadążać za światową modą. Przesłałem zdjęcie z najnowszej kolekcji „Prady” z ekskluzywnego salonu, w kompleksie City Center. Można było przypuszczać, że takie będą trendy modowe. Więc radziłem żeby z wyprzedzeniem kobiety kupowały takie skarpety – koniecznie pomarszczone, i takie paskudne buty. Na szczęście ta moda się u nas nie przyjęła i bardzo dobrze, bo wygląda to okropnie.  Ale przyjęły się tatuaże, które dwa lata temu w Stanach były powszechne, a u nas jeszcze były na początkowym etapie rozwoju. Jakoś nie potrafię tej mody zrozumieć i zaakceptować. Coś małego, subtelnego na ciele ładnej kobiety - no niech tam będzie, ale bazgranie na całym ciele - nie rozumiem.  


Zdjęcie zrobiłem w czasie długiego popołudniowego spaceru po Bulwarze Las Vegas tak zwanym Stripie, gdzie są najważniejsze i największe hotele. W każdym od 2 do 10 tysięcy pokoi, tak mniej więcej rzecz jasna, w każdym pokoju zameldowane co najmniej dwie osoby.  Jest to potężna, znakomicie funkcjonująca maszyneria do zarabiania pieniędzy. Las Vegas może się podobać nawet takim osobnikom jak ja, którzy wolą zdecydowanie klimaty pozamiejskie, przyrodę i spokój – ale te tłumy, ta atmosfera, gwar, kasyna, restauracje, bary, eleganckie sklepy to robi pozytywne wrażenie. Wszystko na najwyższym poziomie. Oczywiście standardy w naszej łódzkiej Manufakturze są na takim samym poziomie i wstydzić nie mamy się absolutnie czego, ale Las Vegas to Las Vegas. Poniżej pierwsza porcja zdjęć. 







 Po tych ruchliwych wielopasmowych ulicach i my pomykaliśmy - a co.





Tym razem wygrałem w kasynie. Do maszyny włożyłem 5 dolarów, a wyjąłem kartę do realizacji w kasie na całe 8 dolarów. Więc wygrałem. Co prawda zamiast iść do kasy włożyłem kartę do drugiego automatu. Wszystko tam przegrałem i jeszcze kolejne 5 dolarów przegrałem. Ale podsumowując – raz wygrałem, raz przegrałem, czyli 1:1. Ale postanowiłem więcej nie grać. Najwyraźniej automaty oszukują. Nie z nami te numery. Ale inni grają - mężczyźni, kobiety, młodzi i stosunkowo młodzi – takich jest najwięcej – z grupy 50+.

Strip po zmroku jest tak zatłoczony, że trudno przejść. Tłumy. Słychać głównie język angielski, ale jest dużo turystów mówiących po hiszpańsku, no i jak zawsze Japończyków dużo. Biegają za przewodnikiem trzymającym w górze kolorowy kijek, mają te swoje najnowocześniejsze smartphony na kijku, widać ich wszędzie. I potwierdza się moja wcześniejsza obserwacja – młode kobiety japońskie są bardzo ładne, zgrabne i ładnie się ubierają, a ze starszymi coś niedobrego się dzieje i wyglądają nieciekawie. Zupełnie inaczej niż w Polsce - u nas i młode robią wrażenie i starsze też. 
Co do języka angielskiego to potwierdza się inna z moich wcześniejszych obserwacji – amerykanie często rozmawiają tak, jakby chcieli żeby cały świat ich słyszał. W tym zakresie prym wiodą młodzi mężczyźni o ciemnym kolorze skóry (mówiąc niepoprawnie - murzyni). Ubrani są standardowo – czapeczka z daszkiem do tyłu, luźny t-shirt, spodnie trzy czwarte, buciory co najmniej 11 numer, potężna budowa ciała, kołyszący się krok, a obok kobiety bardzo rozrośnięte w biodrach (nieładnie byłoby napisać: z dużymi dupami), odsłaniające śmiało swoje wątpliwe wdzięki. Staliśmy obok takiej grupy czekając na pokaz fontann przy hotelu Bellagio. Mówili tak głośno, ze słyszała ich cała okolica. Niesamowite. 

Sporo czasu spędziliśmy w City Center. To stosunkowo niedawno powstałe centrum. W 2009 roku było jeszcze w budowie, a w 2010 roku dopiero raczkowało i nie w całości było otwarte. Można powiedzieć, że trochę śledziliśmy jego powstanie. Są tam nowe hotele w tym elegancki hotel-kasyno Aria, eleganckie sklepy, sale konferencyjne, oraz dwa budynki mieszkalne Veer Towers. Chociaż powiedzieć budynki to trochę za mało. To potężne dwie wieże o wysokości 150 metrów każda. Co ciekawe są zbudowane skośnie – odchylenie od pionu wynosi 5 stopni, taki kaprys projektanta. Można tam kupić sobie mieszkanko – nie są wszystkie wykupione. Powierzchnia mieszkań zawarta jest w przedziale od 50 do 210 metrów kwadratowych. Średnia cena za metr kwadratowy to 22000 zł, czyli za mieszkanie 50 metrowe trzeba zapłacić 1 100 000 zł. Troszkę drożej niż w centrum Warszawy, ale tylko troszkę. Na dachu są baseny, miejsca do kąpieli słonecznych, a jedno piętro przeznaczone jest na rozrywki typu siłownia, bilard itp. A w hotelu Aria (180 metrów wysokości) jest ponad 4000 pokoi, 16 restauracji, 10 barów i nocnych klubów. Jest też oczywiście kasyno o powierzchni 14000 m 2 . Jest też powierzchnia przeznaczona na relaks w wodzie o powierzchni 20.000 m2, teatr dla 1800 osób itd. Itp. Poniżej zdjęcia zrobione w City Center.











 A potem przeszliśmy kolejne kilometry. Złaziliśmy się okropnie. Hotele są niby tuż obok siebie, ale żeby dojść od jednego do drugiego to trzeba iść i iść. Przy hotelu Bellagio obejrzeliśmy pokaz fontann, zobaczyliśmy co tam tym razem w środku, ale jakichś szczególnych planów na ten dzień nie mieliśmy. Ot taka sobie wędrówka bez celu. Męcząca, ale fajna. Kolejne zdjęcia poniżej

 Poniżej rejon hoteli Paris z wieżą Eiffla w skali 1:2 i Hollywood Planet



 A niżej rejon hotelu Bellagio i Caesars Palace




 Oczywiście wzdłuż bulwaru stoją liczni sprzedawcy wody mineralnej, uliczni artyści, i osoby rozdające wizytówki z telefonami do pań gwarantujących rozrywki szczególnego rodzaju. Ci są dosyć nachalni. Niesamowity był jeden z ulicznych pokazów w wykonaniu zdolnego młodego człowieka. Nagle zmieniał się w dwóch tańczących małych osobników. Nie sposób było poznać co to jest. Czy tańczą dzieci, czy są to dwa karły. Zaskoczeniem był moment, gdy te dwa osobniki zmieniły się nagle w jednego człowieka, który się ukłonił po występie.


 Poniżej pokaz fontann przy hotelu Bellagio. To jeden z najdroższych i najbardziej eleganckich hoteli. Przy nim znajduje się sztuczne jezioro o powierzchni 32000 metrów kwadratowych, na którym co jakiś czas tańczą fontanny,




 A dalej już zdjęcia z gatunku groch z kapustą. Trochę tego, trochę tamtego, w tym wnętrza z hotelu Ballagio. Wspólną ich cechą jest to, że zrobione zostały już po zmroku. 














Jakoś doszliśmy do hotelu, znaleźliśmy odpowiednie piętro i pokój, ale jak widać na zdjęciu wyżej zmęczenie dawało już potężnie znać o sobie. 

I nie tylko



A współcześnie Święta Bożego Narodzenia. Coraz mniej liczna Wigilia. To już czwarty rok bez dobrego teścia, pierwszy rok bez psa Reksia, a i Pana Michała nie było, bo jego rodzice mieszkają w Białymstoku, więc trudno te dwie lokalizacje pogodzić. Dwaj nieobecni poniżej.




Ale oczywiście była Marta z dwoma kotami. Była jak zawsze choinka i smażony karp, który jest dla nas wszystkich najlepszym daniem na świecie. Choinkę jak zawsze kupowaliśmy we dwójkę z Martą, dosyć długo ją wybierając, ale wybór był właściwy. Prezentuje się bardzo dobrze.








Choinkę ubieramy wspólnie. Najpierw ja rozkładam lampki i wieszam na czubku gwiazdę. Potem pierwszą, najstarszą bombkę, wiesza Agnieszka. A potem już działamy razem. W ubieranie włączyła się aktywnie Babcia Marty, która jako pierwszą ozdobę powiesiła aniołka jakiego dostała w świetlicy, w której była na zajęciach organizowanych dla osób po udarach i nie tylko. Była całe pięć godzin i bardzo jej się podobało.  A poniżej „banda trojga” po ubieraniu choinki.


Karp to już zadanie dla mnie, od początku do końca. Był jak zawsze pyszny. Smażę go na oleju , po wcześniejszym obtoczeniu w mące. Żadnego jajka. Taki wychodzi najlepszy.

A poniżej kolejne zdjęcia z wigilijnego i świątecznego przyjęcia.  Koty zbytnio interesowały się choinką i chciały zastąpić Reksia w roli strażnika prezentów. Wszyscy dostali prezenty, z których się ucieszyli. Ja ze swoich jestem bardzo zadowolony, a zwłaszcza z jednego. Ale nie mogę powiedzieć z którego, bo z wielu względów nie wypada. Babcia dostała między innymi czerwony kolorowy sweterek z łosiem. Ja wybierałem. Nawet nosi. Wygląda w końcu weselej niż w tych swoich szaro – burych. Kupiłem jej jeszcze bluzę z kapturem na stoisku dla dzieci. Mam nadzieję że i ten prezent zaakceptuje. Będzie wyglądała młodzieżowo. 







 Babcia Marty czuje się nieźle. Nie można narzekać. Co prawda lubi jej się pomieszać przeszłość z teraźniejszością i rozkład mieszkania, ale nie jest źle. Marta kupiła jej książkę z wyliczankami, a ona wybrała do czytania książkę o prezydencie Trumpie, którą czyta i mówi ze ciekawa. No i apetyt jej dopisuje. W czasie kolacji wigilijnej 4 razy prosiła, żeby jej jeszcze wybrać jakiś malutki kawałek rybki. A i przecież zupę grzybową zjadła i pierogi i ciasta kawałek też. Nie jest z nią najgorzej. Wczoraj graliśmy w chińczyka. Wyjątkowo nie wygrała, ale i ostatnia nie była. 






 Wczoraj była jeszcze wycieczka do Lasu Łagiewnickiego. Pogoda była w sam raz – bezwietrznie z lekko  prószącym śniegiem. Ładnie. Szkoda tylko, że nie było z nami psa tropiącego. To była jego trasa.